wtorek, 18 marca 2014
Jakby nigdy nic...

... odnalazlam droge do swojego blogu...
Dawno mnie nie bylo. Dawno nie czulam potrzeby pisania. Ale teraz znowu musze.W rytm "Far from every road" z True detectives - piosenki, ktora sie upajam (doslownie) od dobrych kilku tygodni i ktora jakze odzwierciedla moj obecny stan ducha. To wiele mowi, czyz nie?

Wiele sie wydarzylo dla mnie w ciagu tego roku nieobecnosci. Tzn wewnatrz, bo na zewnatrz niespecjalnie. Owszem, zaliczylam rok kolejnego projektu, wiele wyjazdow, na Wschod i na Zachod. Nauczylam sie wielu rzeczy, zwiedzilam dalekie miejsca, ale i tak nie udalo sie uciec od tego, co gryzlo w srodku.

A to w srodku najwazniejsze. Najtrudniejsze. I znowu czuje sie na rozdrozu, moze nawet bardziej niz kiedys... Ale mysle sobie, ze skoro wtedy udalo mi sie jakos wypelznac na powierzchnie, to tym razem takze, choc w innym jeszcze kontekscie, bardziej powiklanym.

Jakby nie bylo, w tym roku powinnam osiagnac wiek rozsadku i niejakiej zyciowej madrosci, zaczerpnietej z przeszlych bledow. Jest z czego czerpac...

Rownoczesnie nigdy w zyciu tak nie tesknilam do wolnosci, do mozliwosci wyboru, jak teraz. I nigdy tak bardzo nie czulam sie zwiazana, uziemiona, ubezwlasnowolniona. Mezem, praca, dziecmi, domem, widmem emerytury i potencjalnego bezrobocia na horyzoncie...  

Rodzina... Stan na dzien dzisiejszy: ciagle nas czworo. I juz wiem, ze inaczej nie bedzie. I chyba nawet juz nie chce... Chyba. Dzieci maja 10 i 8 lat i sa takie zaskakujaco odrebne, rozne od nas i od siebie nawzajem. I tak bardzo moje. Sa rownoczesnie bariera na drodze do wszystkiego, co mi sie teraz marzy i radoscia. Zazdroszcze im wszystkiego, co jeszcze przed nimi. Wszystkich wyborow i rozterek, ktore z nich wynikaja.

Maz... Znany i przewidywalny do bolu... rownoczesnie bywa zaskakujaco obcy. Bywaja dni, kiedy nawet sposob, w jaki kroi ser potrafi doprowadzac mnie do szalu. Na szczescie nie codziennie. Ale to chyba nie do konca meza wina...

Praca... ciagle ta sama choc przez ostatni rok bardzo bogata w doswiadczenia. Niemniej rozsadek nakazal pozostac przy starym stanowisku, ze wzgledu na... bardzo wiele spraw.

Jakby nie bylo, teraz kiedy znalazlam droge do mojego bloga, postaram sie bywac na nim jak dawniej i przelewac stan ducha na ekran, co w jakis niewiadomy do konca sposob koi moje rozterki i pozwala spojrzec na wszystko z tym dystansem kilkudziesieciu centymetrow dzielacych mnie od ekranu... Zawsze cos.

14:28, le-lutki , O mnie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Jeszcze nie koniec stycznia...

... a ja już mam dość. Nie wiem, dlaczego zdawało mi się, że ten rok nieparzysty będzie jakiś fajny i dobry. Jakoś mi się skumulowało parę rzeczy. A najbardziej ze wszystkiego chwilowo odczuwam gwałtowny szok po przejściu z nadmiaru zajęć i wrażeń i stresu do czegoś, co zaczynam odbierać jako marazm. Na samą myśl o tym, że mogłoby być jak kilka lat temu, robi mi się słabo.

A ja tak chciałabym robić coś ciekawego, odpowiedzialnego i wypełniającego mi moje dni w pracy...

Może to jakieś przedwczesne przesilenie wiosenne, a może gorzej - awansem jakiś kryzys okołoczterdziestkowy?? Pojęcia nie mam, ale fakt pozostaje faktem - czuję sie wyzuta, pusta, odtrącona i niepotrzebna.

Na wszystkich frontach. No nie, może nie na froncie domowym, bo mój mąż mnie tak nie traktuje. Dziękuję, mężu. I wybacz, że mi to nie wystarcza.

Nie wiem, co bym dała, zeby znaleźć się na powrót w stanie ducha, ciała i umysłu jaki miałam jeszcze całkiem niedawno, na króciutkich wakacjach we Włoszech czy w czasie naszego rocznicowego wypadu do Rzymu...

Teraz jest jakoś ogólnie beznadziejnie.

19:37, le-lutki , O mnie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 stycznia 2013
Szukałam i sie doszukałam.

Tego guza. Choć okazał się nie być dokładnie taki, jak myslałam. Tym niemniej zabolał jak cholera. 

Myślałam, że w tym wieku będę już mogła o sobie napisać, że jestem rozsądna i mądra życiowo i że wyciągnęłam wnioski z błędów przeszłości.

A guzik.

22:48, le-lutki , O mnie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 stycznia 2013
Noworocznie

Pierwszy week-end noworoczny. Bez męża i ojca, który porzucił nas wczoraj i właśnie biega gdzieś z kolegą po Waszyngtonie w ramach niedzielnego joggingu.

My też nie próżnowaliśmy. Wczoraj zabrałam towarzystwo do Cannes, najpierw do jednego czy dwu sklepów, potem zaś wylądowaliśmy na plaży, na której dzieciaki budowały zamek z piachu, a ja siedziałam sobie w słoneczku, czytałam książkę o technikach medytacji i rozkoszowałam się ciepełkiem.

Dzisiaj było aktywniej, mianowicie wywiozłam dzieciarnię rano do Cagnes sur mer gdzie przez 40 minut oni oddawali się rolkowaniu wzdłuż plaży, a ja - godzinę - bieganiu. 15 stopni, piękne słońce, morze, t-shirt i szorty - o czym tu marzyć więcej 6go stycznia?

Potem dzieciarnia zajęła się swoją ulubioną czynnością tj przerzucaniem ton kamyków z plaży do wody, a ja po bieganiu zasiadłam w słonku i usiłowałam się rozkoszować chwilą i nie słyszeć, jak się kłócą i sobie upychają (z miernym sukcesem).

Po powrocie zrobiliśmy sobie rybkę i fasolkę zieloną na obiad, a teraz obijamy się leniwie i popołudniowo, przygotowując się mentalnie do powrotu o pracy i szkoły jutro z rana.

Przyznam, że po tych dwu tygodniach urkopu bez laptopa czuję się, jakbym labowała od miesiąca. W dodatku wyjazd do Polski na święta, śnieg, zimno i potem znów zmiana pogody, wszystko sprawia że urlop ten wydaje się bardzo długi.

Nie wiem, czy mogę napisać, że cieszę się na powrót do pracy, ale na pewno bardzo ciekawa jestem co też szef przygotował dla mnie na ten rok, teraz kiedy odzyskałam już swoje stanowisko.

Poza tym staram się powrócić do równowagi psychicznej po grudniowych wzlotach i anomaliach (sławetne szukanie guza) i zachowywać się jak na stateczną małżonkę z 10-letnim stażem przystało. Może mi się nawet uda. Ale pomysł nie wyszedł ode mnie....

Co do równowagi fizycznej, to z przyjemnością stwierdzam, że pomimo świąt w Polsce i dodatkowego obżarstwa i ekscesów szampańsko-winnych potem, jest lepiej, niż mogłabym marzyć. Powiem więcej - jeśli nie przytyję z powrotem do 50 kg to nie pozwolą mi oddawać krwi!

Kiedy człowiek się dobrze miewa fizycznie (czuje się kochany, atrakcyjny i w ogóle), a i psychicznie sobie radzi, to innego rodzaju problemy (typu nasza przeciekająca fasada domu do renowacji) nie stanowią jakiegoś wielkiego ciężaru. 

Reasumując: 2013 na swym początku prezentuje się niezgorzej i oby tak trwał. Czego życzę nie tylko sobie, ale przede wszystkim moim bliskim i przyjaciołom.




wtorek, 01 stycznia 2013
2013

Sie zaczal. Za oknem, zgodnie z prognoza, chlusta deszcz nas zatoka Pampelone. A ja nawet nie slysze tupotu bialych mew po wczorajszym przedawkowaniu babelkow.

Jakims cudem dotrwalismy nawet zbiorowo do pierwszej w nocy. Bylo milo i nie wyladowalismy w wariatkowie, czyli u znajomych tesciow, jak bylo pierwotnie planowane. Nalezy sie cieszyc malymi przyjemnosciami.

Teraz stoimy wobec nowego roku, ktory zapewne bedzie obfitowal w wydatki, problemy i inne zwyczajne sprawy (by daleko nie szukac: fasada naszego domu przecieka gdzies w okolicach dachowek, co fatalnie odbija sie na stanie naszych scian i sufitow w tym miejscu i trzeba bedzie cos z tym fantem zrobic). Ale, ze zacytuje klasyka: nie problem jest problemem, tylko postawa wobec problemu. I tym sie postaramy kierowac, a powinno byc dobrze.

Do pracy wracam dopiero w poniedzialek 7go i te dwa tygodnie wolnego sa wrecz nie do wiary. Malz juz piatego w sobote nas opusci i uda sie na bity tydzien do Waszyngtonu, a potem do Bostonu. 

Na dzis przewidzialam, oprocz odstawienia alkoholu, troche jogi, troche medytacji i ogolnie pozajmowac sie soba. Tak zeby nie stracic dobrych nawykow. Wczesnym popoludniem wyjezdzamy od tesciow do domu i jak zwykle przy brzydkiej pogodzie zamiast autostrada pojedziemy wzdluz wybrzeza, zeby sie ponapawac widokami. 


sobota, 15 grudnia 2012
chyba

... szukam guza... Ale nie mogę przestać. 

17:26, le-lutki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2012
23h w niedziele

I w Barcelonie ciagle.

Wlasnie skonczylam generalna powtorke przed jutrzejsza prezentacja wobec ludzi, ktorzy moze okaza sie calkiem normalni i nie zjedza mnie zywcem wraz z kosteczkami (?).

Week-end w calosci do specjalnie odprezajacych nie nalezal. Sleczalam pare godzin na uaktualnianiem bazy danych, przygotowywalam i szlifowalam te cholerna prezentacje. W tzw miedzyczasie urwalam sie na spacer albo do miasta (na polu obledne slonce i nawet wierzyc sie nie chce, ze gdzies tam za Pierenejami sniegiem sypie. Dzis poszlam sobie poogladac znowu Casa Mila i Casa Battlo a potem wracajac zahaczylam o port, pelen ludzi i mew i slonca. 

Jutro zaczyna sie kolejna konferencja. O 7h30 rano. Zadnej litosci dla czlowieka.

W poludnie bedzie sala tortur a wieczorem, jak to wszystko przezyje (rejestracje niezarejstrowanych, milion prosb i zadan delegatow, pelne napiecia zebranie w poludnie) to czuje, ze wieczorem bede wyzeta na wior.

A do tego obiecalam ekipie pojsc jutro z nimi na kolacje, bo dzis sie wykrecilam robota (coby znow nie wrocic o polnocy). Zjadlam kolacje w restauracji hotelowej (czyniac przy okazji ciekawe obserwacje socjologiczne - co uwielbiam - i odrywajac na chwile mysli od stresujacego zebrania jutrzejszego).

W miedzyczasie sprawdzilam na dole przygotowanie sali konferencyjnych, przygotowalam identyfikatory, ustalilam godziny otwierania i zamykania i wpadlam na doslownie krotka chwilke do sali gimnastycznej choc z kwadransik sobie pocwiczyc. Aha i jeszcze poprawilam malzowi tekst do publikacji po angielsku i zamienilam dwa slowa z Grubym i Szczerbata na skypie.

Aha, po czterech (!) zmianach w godzinach wylotow i przylotow Iberia w koncu w ogole anulowala nam lot powrotny do Nicei. Nie powiadamiajac o tym slownie nikogo (ani pasazerow ani travel-asystentki), wyszlo na jaw przypadkiem i koniec koncow wracam EasyJetem. Dobre jest to, ze zamiast o 23h bede w Nicei o 6h!!

Tak mi minal week-end. Teraz oczy mi sie zaczynaja kleic wiec walne sie do mojego loza z braciszkiem Cadfaelem, nad ktorym mam nadzieje zasnac snem sprawiedliwego.

Rany, odruchowo chcialam dodac "kind regards" na koncu tego wpisu... zle ze mna, pora spac.

23:02, le-lutki , O mnie
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 grudnia 2012
Multi task

Taaaak, piec lat temu podczas prezentacji rocznego raportu komitetowi finansowemu w Kobe rownoczesnie komunikatorem tlumaczylam mezowi gdzie znalezc krem do odparzonej pupy Grubej, dzis zas, w Barcelonie, zalatwiajac piec spraw rownoczesnie i odpisujac na maile tlumacze mu gdzie znalezc dolipran dla dzieci i jak sie odgrzewa strogonowa.... 

Niech zyje wielozadaniowosc!

11:55, le-lutki , O mnie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 grudnia 2012
Z Barcelony

Pierwsze pol dnia pracy niebawem za mna.

Jak dotad od [poczatku konferencji:

- kilkakrotnie wysiadl prad, za to w calutenkiej sali

- wiatr wial tak, ze wozek do przewozenia bagazy gosci hotelowych zostal rzucony na szybe i rozbil ja w drobny mak, zwlaszcza efekt dzwiekowy byl spektakularny

- Chinscy delegaci zglosili obecnosc wirusa i domagaja sie pomocy

- inni Chinscy delegaci domagali sie osobnej sali  na tajne/poufne obrady, oczywisce zapotrzebowanie swe zglosili na 10 minut oprzed zaplanowanym przewidzianym spotkaniem. Po czym, dostawszy sale, wyrazili swiete oburzenie, ze jeszcze w niej nie ma projektora.

- Ze 30 delegatow jak nie lepiej znow "zapomnialo" sie zarejstrowac i zuzyli mi co do ostatniego calutki zapas bustych identyfikatorow. trudno, z pustego i Salomon nie naleje.

- teraz zas po sklepieniem lata nam wrobel. Skad sie wzial, on jeden wie.


środa, 28 listopada 2012
Się leje...

... z nieba i z nosa. Istna fontanna w obu przypadkach.

Postanowiłam dziś zastrajkować w ten mój dzień "niepracujący" i sprawdziłam maile tylko raz do południa, wysłałam co było pilnego i zamknęłam to okropne czarne pudełko na resztę dnia. Też mi się coś od życia należy, we środę.

Taniec, lekcje angielskiego odbyły się normalnie natomiast tenis Grubego oczywiście rozpłynął się w strugach deszczu. Ale nie żałuję, bo sama też się rozpływam w strugach kataru.

Popołudnie spędziłam na pichceniu zapasów żywieniowych dla rodziny na 10 dni mojej nieobecności. Dostałam takiego szwungu, że poszło mi jak z płatka. Pichcenie jednak odpręża i nawet o katarze pozwala zapomnieć. Chwilowo.

Na stanie mamy więc: porcję bitek wołowych, dwa garnki gestej zupy z dyni, conajmniej dwa posiłki w postaci Strogonowa, dwie spore porcje domowego sosu bolognese i wreszcie gęsty krem z porów. Voila. Głodem ich nie wezmą jak sądzę.

Przed chwilą zadzwoniła pani z agencji nieruchomości, że po wczorajszej wizycie naszego domu te same osoby chcą powtórnie obejrzeć dom w sobotę do południa. Udamy się więc na jakieś zakupy czy coś tak, żeby im na godzinę zostawić wolną przestrzeń. 

Teraz zaś zadzwonił małż, że tkwi w korku niemalże pod samym biurem gdyż wydaje się, że calutkie Sophia Antipolis postanowiło wyruszyć do domu w tym samym czasie. No cóż. Dojedzie, jak dojedzie.

Oho, znowu będę kichac taśmowo. 


17:53, le-lutki , kuchnia
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Tagi