czwartek, 10 maja 2012
Po powrocie w kierat.

Właściwie, to nie jest wcale źle. Dwa dni pracy w tym tygodniu, potem week-end (co prawda mam staż jogi przez bite dwa dni), potem znów dwa dni do pracy i kolejny majowy długi week-end (dla mnie o jeden dzień dłuższy, bo środy mam wolne). Dziś rano, wstyd powiedzieć, pomyliłam wejścia w szkole, odprowadzając dzieci.... Dobrze, że drogę do pracy odnalazłam jakoś ;)

W pracy odkopuję się metodycznie z nagromadzonych przez ponad dwa tygodnie spraw i gotuję się na przejęcie nowych obowiązków podczas urlopu macierzyńskiego koleżanki. Ekipa nam się ponadto rozrasta pod każdym niemal względem: wkrótce dołączą do nas dwie nowe dziewczyny, a poza tym koledze Finowi z żoną Japonką urodziła się córka. A, i jeszcze technical officer nowy ma się pojawić. 

Pogodę mamy w sam raz. Obsprawiłam dzieciaki w letnie ciuchy, głównie sukienki, bluzeczki na szeleczkach z falbankami (Gruba) i koszule oraz polo (Gruby, który się ostatnio wyjątkowo wybredny w kwestii ciuchowej zrobił, nie wiedzieć czemu - on, którego można dotąd było odziać w worek siermiężny i nic by go to nie ruszyło. Ciekawy fenomen...)

Mąż nurza się z głową w paryskich obowiązkach i ledwo ma czas do nas zadzwonić wieczorem z hotelu. O, właśnie zadzwonił, ale niestety jakość połączenia byłą do luftu więc rozmowa była zwięzła. 

Poza tym, tak jak wczoraj, poszłam dziś po pracy pobiegać conieco i spocona jak szczur odbierałam dzieci ze szkoły. Może uda mi się niebawem pozbyc tych dwu nadprogramowych, przywiezionych z Polski kilogramów...

Usiłuję się ponadto umówić z goścmi od łazienki, robię test z jogi na ten week-end, powinnam się umówić z agentką nieruchomości oraz zabrać się za ostateczną korektę tekstu tłumaczenia. Może chociaż co druga z tych rzeczy mi wyjdzie w najbliższych dniach...  

Z dobrych wieści jeszcze - sądząc z dzisiejszego telefonu, rodzice nareszcie przestali się na siebie boczyć i przywrócili normalne stosunki dyplomatyczne. Chwała niech będzie opatrzności (jeśli cokolwiek miała z tym wspólnego).

Post Scriptum wieczorne: moja ulubiona pora. Dzieciaki śpią, przyćmione światło i perspektywa Przystanku Alaska. A przed chwilą, jak często wieczorem, otworzyłam na ościerz okno sypialni aby ponapawać się wieczorową aurą. Gdzieś w pobliżu i mroku mruczą niegłośno przewody elektryczne, znad stawu (ach, stawu!) dolatuje niewiarygodne wprost chóralne rechotanie żab. Nad drzewami w oddali bije delikatna łuna na tle ciemnego nieba: ani chybi światła Cannes. Wszystko jest spokojne, ciche (nie licząc żab), gdzieniegdzie śwatła w oknach i migający ludzie zajęci własnymi domowymi, wieczornymi sprawami... Tak to jest wieczorową porą w M.



środa, 09 maja 2012
Go to Jupiter.

Zamiast płakać po tym, co się nie odstanie (jak np. wybór naszego nowego prezydenta), postanowiliśmy poimprezować w ten długi week-end w St Tropez. Jak na "bogatych" przystało (wg kryteriów pana Hollande biorąc). 

Jako, że teściowa zgodziła się zostać z dziećmi w poniedziałkowy wieczór, w szóstkę, ze szwagrostwem i parą przyjaciół, poszliśmy na dobrą kolację do Ben Kirai, a następnie wieczór zakończyliśmy przy magnum szampana w Le Quai w porcie.

Do domu wróciliśmy w iście szampańskich nastrojach jakoś po pierwszej i jeszcze dobrą chwilę spędziliśmy na tarasie (wg zeznań teściowej następnego dnia chichocząc i robiąc nieopisany harmider) po czym udaliśmy się do swoich sypialni. 

Następny ranek był z gatunku ciężkich....

A dziś cóż - rzeczywistość domowa. Na polu burzowo. Mąż w Paryżu. Dzieci nad zadaniami a przede mną wizja odkurzacza. Na wszystko jest czas.... 

poniedziałek, 07 maja 2012
Po przegranej.

No dobra, Hollande wygral. Ale widok algierskich i tunezyjskich flag powiewajacych na placu Bastylii byl szokujacy. Kazdy skads pochodzi, ale tutaj jestesmy (jeszcze) we Francji. 

08:45, le-lutki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2012
Z powrotem w domu.

A w domu wiosna, obsypane kwiatami fotinie w ogrodzie, wielkie zakupy w Auchan dziś rano i góra pysznych truskawek z miętą na deser :)

W Krakowie - co stwierdziłam z konsternacją - przytyłam 2 kilo jak w mordę jeża. I to mimo czterokrotnego joggingu. Zatem przechodzimy na dietę letnią: dziś na obiad było carpaccio wołowe z mnóstwem świeżych dodatków. Poza tym zamierzam się żywić nadal głównie zielonymi szparagami i szpinakiem w ilościach nieograniczonych. Ale to dopiero po powrocie od teściowej, u której spędzimy dwa dni (zapewne głównie na obżarstwie). Tym niemniej, coby przygotować właściwy grunt, dziś pod wieczór idziemy z małżem biegać. Ciężko będzie, ale dobrze, że przynajmniej zabroniłam otworzyć butelkę wina do dzisiejszego obiadu. Może powoli powrócimy do naszego optymalnego rytmu bieganiowego (3 razy w tygodniu).

Poza szokiem wagowym przeszliśmy też swoisty szok termiczny. Po 30 stopniach w Krakowie tutaj mamy zaledwie 20-22 i to w porywach. Grubaśna zmarzła już w samolocie w drodze powrotnej i teraz biedaczka kicha i smarka na potęgę a oczy ma opuchnięte i czerwone. Potraktowałam ją więc inhalacją ziołową na dobry początek i zobaczymy.

Lodówka niniejszym załadowana, dom mniej więcej ogarnięty, pozostaje tylko zakasać rękawy i zmierzyć się z zawieszoną na 2 ostatnie tygodnie rzeczywistością: wizytą eksperta z ubezpieczalni (który w puch nam rozwali kosztorys napraw), spotkaniem z nową agentką nieruchomości, szkołą, pracą itp.

Najbardziej się cieszę z odzyskania męża, własnego łóżka i maty do ćwiczeń :)

Mąż też wydaje się być zadowolony z odzyskania rodziny. A dzieciaki już zdążyły zamienić swoje pokoje w pobojowiska. 

Grubcio otarł szczere i krokodyle łzy po rozstaniu z dziadkami (głównie z babcią). A w autobusie między terminalem w Balicach a samolotem znów bez żadnego wstępu wyjechał mi z typowymi dla siebie przemyśleniami:

Mamo, ja myślę, że Bóg powstał dlatego, że ludzie w niego wierzyli. I myślę, że im bardziej w niego wierzą i im więcej ludzi, tym on bardziej rośnie i się rozwija, a im mniej ludzi - tym bardziej będzie malał i zanikał. 

No i co tu powiedzieć ośmiolatkowi na takie dictum?

Oho Gruba znów kicha jak z armaty na górze, a ja muszę się zabrać za to i owo.


 

sobota, 28 kwietnia 2012
Mąż w St Tropez a ja w Podlesiu :)

czyli dla każdego coś dobrego, oraz każdy u swojej mamy. I rodziny, szerzej pojętej.

Dzień na Śląsku był miły, jak każda nieoczekiwana nowa chwila, którą można spędzić z tymi, którzy odchodzą.

Babcia zdawała się bardzo rada, że nas widzi. Pogoda była przecudna, rodzina w dobrych nastrojach. I do tego ciotczyny obiad śląski jako przyczynek do przynajmniej czterech najbliższych joggingów :) 

Dzieci wyszalały się w ogrodzie do upadu. A rodzina stwierdziła, że fajne są :)

Odwiedziliśmy też dwa cmentarze po drodze: kuzynowy i dziadkowy. W przyszłym tygodniu czeka mnie jeszcze wizyta na babcinym. Lubię te wizyty, wcale niekoniecznie smutne choć często refleksyjne. A w ogóle to nadal, niepoprawnie, lubie cmentarze. 

Wczoraj dzieci po raz już nie wiem który zaliczyły krakowskie zoo. Grubej najbardziej podobały sie lody waniliowe, a Grubemu surykatki. No i słonie, bezwarunkowo.

Co do mnie, to udało mi się zrobić wstępny rekonesans w zakresie prezentu dla mamy na 70te urodziny. W poniedziałek wybieramy sie z papa do jubilera go zanabyć. Od nas razem. Ponadto przewiduję dodatek w postaci zaproszenia i bonu do fajnej włoskiej restauracji dla nich razem we trójkę. 

Może to wszystko złoży się na to, że rodzice przestaną się ze sobą kwasić (myślą, że świetnie udają, ale ja ich za dobrze znam). 

Tak to już jest, niestety, że u większości ludzi z wiekiem nasilają się głównie wady czy powiedzmy "cechy trudne dla otoczenia", a drugiej stronie równocześnie gwałtownie maleje cierpliwośc, też z wiekiem. I co tu zrobić. Mieszać się wprost nie można i nie należy, ale jeśli jakąś okrężną drogą można zaokrąglić nieco kantów, to czemu nie spróbować...

PS Jedyny bemol dziś wieczorem, to bolący brzuch Grubego, który tak się obżarł domowym ciastem i innymi smakołykami u ciotki na śląsku, że mało nie pękł. Pomasowałam mu ten balon i trochę pomogło a siostra napisała mu na pasku papieru (fonetycznie, jak zwykle) co następuje: dla L. mam nadzieję, że jutro już nie będzie cię bolał brzuch. W wersji oryginalnej: pour L. et jesspere que demi tu nera plus male eau vantre.... 


czwartek, 26 kwietnia 2012
Ogród doświadczeń

Dziś wybieramy się do krakowskiego Ogrodu Doświadczeń, pogoda nam bowiem sprzyja. Dzieciaki powinny być zadowolone.

Może przed wyjściem uda mi się pogadać z mężem, który wczoraj wieczorem był na kolacji w St Germain des Près w Paryżu z moją psiapsiółką, z którą ja zobaczę się dopiero w przyszłym tygodniu w Krakowie :) Szczęściarze. 

Wczoraj po południu spotkałam się ze stryjami i było bardzo miło, a także wysłałam stryjowi "draft" mojego tłumaczenia, nad którym pracowałam od roku chyba. Ciekawe, co będzie miał do powiedzenia na temat moich wypocin.

Z rzeczy zaplanowanych uprzednio udało nam się nabyć Grubemu nowy (kolejny...) tornister na kółkach.

W planie mam jeszcze dwie - trzy zaplanowane na ten pobyt sprawy do załatwienia, bez załatwienia których nie mogę wyjechać. Ale powinnam sobie dać radę.

W sobotę wybieramy się na Śląsk do rodzinki, zobaczę się z Babcią i z wujostwem, na co się ogromnie cieszę. 

 

środa, 25 kwietnia 2012
Impresje krakowskie.

Jestem bardzo zadowolona, bo udało mi się namierzyć cukiernię naszego ulubionego rodzinnego cukiernika i zanabyć tam końską porcję słodkości do zabrania na Śląsk w sobotę. Znam takich, co się bardzo ucieszą :)

Ponadto zanabyłam  Grubemu nowy tornister na kółkach, jeszcze większy niż poprzedni, który poszedł już niemalże w driebiezgi. Zobaczymy, jak długo ten pożyje. Gruby w każdym razie zadowolony.

Dziś pod wieczór spotkanie rodzinne ze stryjami, na które się bardzo cieszę.

Z dzisiejszych obserwacji społecznych w mieście (przelotem) dwie rzeczy przykuły mą uwagę.

Po pierwsze, pani w cukierni. Sama z siebie nie wykrztusiła "dzień dobry" i nawet jakoś tak nie bardzo chciała "spotkać mnie wzrokiem", ale za to jak już ją powitałam wedle zasad dobrego wychowania i wyłuszczyłam, po com przyszła a potem wspomniałam o tym, że od wielu lat kupujemy wyłącznie ich wyroby (choć nam zlikwidowali najbliższy domu punkt sprzedaży, jak na złość) to się pani rozczmuchała, rozpromieniała, dowidzenia powiedziała i nawet miłego dnia pożyczyła. I żeby dzwonić jakby trzeba było jakieś ciasteczka odłożyć!
Jak to nigdy nie należy tracić nadziei, hę?

Druga scenka była z gatunku o wiele mniej przyjemnych, mianowicie kiedy opuszczaliśmy Galerię Krakowską idąc w stronę przystanku, jakiś paskudnie zalany i wątpliwej higieny menel rozdarł się kilkakrotnie tuż nad głowami moich dzieci, zwracając się do bliżej niezidentyfikowanego adresata: "Rozj.b go, rozj.b go, komunistę pier....nego!!" 

Cóż, lepiej nie być na liście wrogów narodu tego typu indywiduów. Ewakuowaliśmy się zatem czem prędzej w bezpieczną odległość. A ja tym razem dziękowałam w duchu opatrzności za niewystarczający stopień opanowania polszczyzny przez moje potomstwo.

Na koniec powrót 130-ką do domu był tak barwny, jak zawsze, szarpiąco-hamujący, z kilkoma zakrętami pod kątem prostym każdy i z nie zmnienionym ani o jotę odkąd żyję na tym świecie koszmarnym przystankiem pt "Nowy Kleparz". Moje dzieci jednakże, jak to one, były zachwycone, gdyż szarpiąco-hamujący pojazd był przegubowy i można było kasować bilety w kasowniku, jupiiii.

PS Musze tu nadmienić, że bilety w kiosku przy Królewskiej sprzedaje bardzo miła i uśmiechnięta pani, u której nawet komunikat pt "niestety nie mam dziś biletów" brzmi sympatycznie :) 

 

13:35, le-lutki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Na rodzicielskim wikcie....

Już od kilku dni w rodzinnych pieleszach. Co zdecydowanie odbiło się już na mojej wadze i żołądku :)

Zatem rano o świcie - jogging możliwie intensywny. Oczywiście po to, żeby zrobić miejsce na pierogi, no bo przecież...

Dałam się ogarnąć bez wyrzutów klimatom domowo-rodzinnym. Nigdzie się nie śpieszę, nic mnie nie goni... O północy oglądam "Misia" z mamą, rano pasę się białym serem z rzodkiewkami, w uszy sączy mi się a to Concierto d'Aranjuez, a to inne słodkości. Drzewa niemalże majowe ciągle jeszcze obłęłdnie pachną, zwłaszcza po deszczu. Chodniki dalej sa tak samo nierówne a dzieci w piaskownicach dalej tak samo oczapkowane, natomiast przy porannym joggingu przed siódmą rano zauważyłam kilka osób zamiatających "obejście" co napawa mnie niejakim optymizmem. Poczytaliśmy  sobie z papą ostatnią Szymborską, dziadek z wnukiem pograli w szachy... Wieczorami i rano podczytuję Kapuścińskiego i jego Afrykę.
Sałatki w Camelocie są nadal tak samo pyszne, a wieczorny Rynek równie piękny, co zawsze. Poza tym miłe z przyjaciółmi rozmowy. Tak właśnie jest, jak powinno być.

Jak na dobrą żonę przystało poświęcam też trochę czasu na wizji mężowi, który na szczęście od naszego wyjazdu prowadzi dosyć bujne życie towarzyskie, a ponadto głosował w moim imieniu.

Kalendarz na najbliższe dni zapełnia mi się w tempie zawrotnym, tym niemniej ciągle jest w nim trochę czasu na słodkie nicnierobienie i powolną nieśpieszność :)

Ogólnie - jest dobrze. 


środa, 18 kwietnia 2012
Się zbieram...

... choć dosyć niemrawo. 

No bo jak długo można płakać za domem, którego się nie miało nawet pięć minut? Tzn pięc może tak, kiedy po nim chodziłam i się nim napawałam, ale na pewno nie dłużej.

Zamiast się smucić zajmuję się bardzo przyziemnymi rzeczami, które niestety nic a nic mnie nie obchodzą teraz. Ale pozwalają nie myśleć za wiele i może będą z jakimś pożytkiem, koniec końców. Tak więc umawiam się i spotykam ze specami od okien i okiennic, klimatyzatorów i kafelków, słucham, co mają nam do zaoferowania i marzę tylko, żeby to klepnąć i żeby było po wszystkim. Niestety w tej dziedzinie szybko być nie może.

Dziura w ścianie i w podłodze na piętrze nie drgnęła ani o milimetr, jak łatwo zgadnąć. I zważywszy na poszatkowany jak ser szwajcarski miesiąc maj w tym roku (3 długie week-endy!) nie ma raczej szans, aby  przed czerwcem coś w tej materii się ruszyło.

Ożyła we mnie i nasiliła się odwieczna chęć, żeby urwac się stąd gdzieś daleko, na drugi koniec świata, w zupełnie inne klimaty i środowisko. Ale to tez niestety nie zdaje się możliwe.

Jednym słowem desperacko szukam czegoś trwałego, w co zęby wbić i tego się trzymać. 

U rodziców też ostatnio bez fajerwerków. Cieżko jest rozwiązywać ich problemy, żale i inne tam takie czy to mailem, czy telefonicznie. Zwłaszcza, że najczęściej wersje są dwie, a obie odległe ode mnie o 2000 km.

Pocieszam się, że jak wysiądę w Balicach z samolotu, to mi się coś rozjaśni w głowie. W końcu od dawna wiadomo, że zmiana perspektyw i oddalenie się od epicentrum (nie)wydarzeń dobrze robi człowiekowi.



13:46, le-lutki , O mnie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2012
5h30 rano.

Pierwszy raz nawet Xanax nie pomógł. A zazwyczaj ścina mnie z nóg na całą noc i jeszcze rano na dokładkę. 
Wczoraj sięgnęłam po niego pierwszy raz od dwu lat.

Jestem połamana i obolała, a zamiast oczu mam dwie niewielkie szparki. To dlatego, że wczoraj przeryczałam cały wieczór. Zanim wzięłam Xanax.

Wczorajszy dzień był cięzki, a myślałam, że ostatecznie załatwienie sprawy (w KAŻDĄ stronę) pomoże. Odbyłam rano bardzo nieprzyjemną rozmowę z agentem nieruchomości (ja, bo to ja jestem na posyłki), która zakończyła się tym, że wycofujemy nasz dom ze sprzedaży. Zresztą i tak go raczej nikt nie pcha się kupować. Mąż na tę wieść ograniczył się wyłąćznie do kilku inwektyw pod adresem agenta.

Potem wysłałam maila do kolejnej agentki w sprawie mojego domu marzeń. Że nic z tego nie będzie. 

Czułam się jakby mnie ktoś kroił na kawałki w środku. Nie sądziłam, że może człowiekowi tak zależeć na czymś tak materialnym (?) jak dom.

I wcale, ale to wcale po tym wszystkim nie zrobiło mi się lepiej. 

W południe wróciłam do domu, bo miał wreszcie, po 3 tygodniach od zalania, dzwonić ekspert z ubezpieczalni. Wysiedziałam się jak kretynka od 12h do 14h czekając przy komórce i stacjonarnym. I nic. 

Musiałam wracać do pracy, mąż się zdeklarował samorzutnie (!), że on odbierze jakby co. Kiedy dotarłam do pracy, zapytał, czy rozmawiałam z ekspertem. Nie, bo nie zadzwonił. Otóż owszem, zadzwonił, do męża na komórkę (jedyny telefon, który wykluczyłam kiedy się umawialiśmy). A ten, choć mu zostawiłam czarno na białym wszystkie dane, kazał mu dzwonić do mnie. I guzik. 

Po nie wiem ilu próbach dodzwonienia się na infolinię ubezpieczalni przełączyli mnie do jakiejś strasznej zołzy w dziale ekspertyz, która nie tylko nie przyjęła do wiadomośći, że oni zawalili sprawę, ale w dodatku wyznaczyła mi nowy termin teleekspertyzy... na 4 maja wieczorem. A 4 maja o18h30 to ja będę lądować na lotnisku w Nicei. I nikogo nie będzie w domu. 

Po tej rozmowie z zołzą (ciągle jeszcze w biurze, bo zaś odsiadywałam te dwie godziny zmarnowane w południe) ulało mi się jak z cebra. Wróciłam do domu rycząc jak bóbr w niebogłosy. To musiało się wreszcie wydobyć ze mnie. Całe to wielkie rozczarowanie, cały ten wielki żal do męża, że go to wszystko tak nic kompletnie nie obchodzi i wreszcie perspektywa oglądania dziury w ścianach i zerwanego parkietu jeszcze przez kolejny miesiąc.... 

Do tego prasujący mąż, pogwizdujący radośnie w rytm muzyki z iPoda i mający demonstracyjnie wszystko w głębokim poważaniu.

Najbardziej ze wszystkiego boli mnie chyba to, że on - znowu - tak kompletnie, ale kompletnie nic nie zrozumiał. On, którego wręcz przepełnia współczucie i nie wiem co jeszcze gdy mówi o rodzicach i ich kłopotach z wynajmem domu w te wakacje. Reszta, nawet ta pod jego własnym nosem, może nie istnieć. Fanaberie jakieś.

Do rodziców zadzwoniłam dopiero późnym wieczorem, kiedy głos mi w miarę znormalniał i niczego nie podejrzewali z drugiej strony. Bo oczywiście nie zatruwam im życia moimi dołami. Nawet nie wiedzą, że istniało coś takiego jak mój wymarzony dom.

Z jednej strony trochę mnie martwiło to, że niedługo wyjeżdżam do Polski w takim stanie ducha. Bo to jakby zmarnowany czas, który powinien być radosny i miły. Ale teraz górę bierze poczucie, że jest jeszcze gdzieś na swiecie miejsce, w którym można się zaszyć jak w kokonie, dać porozpieszczać i wylizać z ran. Stanąć na nogi. Usiąść papie na kolanach. Posłuchać Mahalii Jackson i obejrzeć Czterech Pancernych, jak w czasach, kiedy problemy były zupełnie inne i nie ja musiałam je rozwiązywać.

Po raz kolejny doszłam do tego samego wniosku w tej sprawie: kto ma pieniądze, ten ma władzę. To raz.

Dwa, nie wiem, kiedy moja noga postanie w naszej piekarni lub nad stawem. Dotąd dwa moje ulubione miejsca w naszym mieście. Ale teraz za bardzo kojarzą mi się z moim wymarzonym domem i za nic tam nie pójdę żeby się dodatkowo podręczyć.

W obecnym domu jest bardzo wiele do zrobienia. Ale też, jak zawsze - decyzja nie zależy ode mnie. A ten, od którego zależy ma czas i inne rzeczy na głowie... Więc zerwany karnisz dynda smętnie w pokoju córki, zniszczona okiennica niszczeje coraz bardziej, zalana szafka w kuchni  spleśniała...

Nie wiem, kiedy będę w stanie spojrzeć lub pomyśleć o moim mężu bez tego uczucia zimnej furii w środku, zmieszanej z wielkim rozczarowaniem. Najbardziej zaś tym, że tak kompletnie mnie nie rozumie. 

W ten week-end chciał chyba jechać do teściowej. Może pojedzie sam z dziećmi, bo ja nie wiem, czy udźwignę jeszcze i to. 

PS Wczoraj wieczorem wreszcie postanowiłam ostatecznie zamknąć fikcję, jaką jest moja "dodatkowa działalność gospodarcza" a ściślej mówiąc redaktorska. To bardziej benewolat niż co innego, więc po co ciagnąć te formalności z deklaracjami, papierami, urzędami... Dzisiaj wyślę to wszystko do właściwego urzędu i cześć pieśni. Poza tym i tak nie napisałam arrtykułu z prawdziwego zdarzenia od końca stycznia chyba jakoś. Nie mam weny ani ochoty. Poinformuje redakcję, że się wycofuję. Zresztą kogo to obchodzi - mój własny mąż moich artykułów nigdy nie czytał i nie będzie czytać. Nawet się nie zorientuje.

Jacyś inni dziwni ludzie poprzypominali sobie o mnie ostatnio i bombardują mnie mailami z prośbami i propozycjami, po całym roku milczenia. Ich także planuję wysłać na drzewo. Czuję się pusta i beznadziejna. Zero energii. Ta resztka, którą miałam zeszła mi na ponad 2 miesiące oglądania domów i umawiania się z agentami i na użeranie z ubezpieczalnią. wszystko po to, żeby na koniec znaleźć to, o czym marzyłam i móc sobie wsadzić to głęboko tam, gdzie myślę. Na nic więcej niestety nie zostało mi pary.  


 

05:58, le-lutki , O mnie
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Tagi